Zacznijmy zatem od początku. Dlaczego malujemy?

Kiedy pierwszy człowiek zamoczył rękę w czerwonej glinie i namlował palcem kontur antylopy, którą ubił na ostatnim polowaniu, może po prostu chciał uwiecznić swój sukces. Może duma z pokonania mamuta kazała pierwotnemu artyście umieścić na ścianie wizerunek swoich współbratymców z włóczniami. Albo nie doceniamy jego poczucia i estetyki i zachwytu. Te antylopy w świetle zachodzącego słońca wyglądały równie pięknie jak smakowały rwane pierwotnymi zębami prosto z pierwotnego rusztu? Przodek chciał je oglądać i pamiętać.

Kiedy człowiek wyszedł już ze swojej przytulnej gawry, rozejrzał się po świecie i zrozumiał, że przecież coś musiało ten świat stworzyć a potem zająć się jego utrzymaniem we względnym porządku, postanowił sportretować stwórcę, żeby poczuć się mniej stłamszonym i malutkim. Popatrzył na najmądrzejszego członka swojej gromady i na jego obraz stworzył obraz bóstwa. Potem jego prawnuki domalowały jeszcze setki innych świętych, cnotliwych oraz zupełnie przeciwnych. Tym dano skrzydła, tamtym rogi i ożyły dzięki obrazom historie do tej pory opowiadane jedynie przy ogniskach.

Kiedy znudził się już człowiek malowaniem świętych, rozejrzał się wokół i dostrzegł, że nie tylko w świętości piękno. Na stołach układał kwiaty, kielichy i czaszki a potem malował wśród okrzyków, że to przecież jak żywe, mimo, że przecież martwe. Z podróży przywoził obrazy Orientu i Afryki, portrety obcych ludów, zwierząt i widoczków. Malował, żeby pokazać świat. Pokazać innego człowieka nawet jeżeli ten był brzydki ale wystarczająco bogaty.

Kiedy malarstwo stało się reportażem zwydarzeń życia codziennego, ilustracjami mitów i wiar, ikonografią historii oraz przeglądem flory i fauny okolicznych lasów i mokradeł, odpowiedź na pytanie dlaczego malujemy była oczywista. Innej drogi na ukazanie i zatrzymanie rzeczywistości tudzież baśni po prostu nie było. Artysta, który chciał się podzielić swoim zachwytem nad kuropatwami w śniegu zmuszony był do żmudnego ślęczenia nad płótnem.

A potem przyszła współczesność i wszystko zepsuła. Dlaczego malujemy jeżeli rzeczywistość możemy utrwalić na fotografii w rozdzielczości HD i video w 4K? Dlaczego, a właściwie po co, dźwigać sztalugi na grań Tatr? Przecież to wszystko jest już udokumentowane przez gigabajty fotografii, łącznie ze zdjęciami z przelatujących satelitów. Po co malować portret, jeżeli nasz telefon wykona ich setki w czasie krótszym niż odkręcenie zaschniętej tubki farby. Nie mówiąc już o podobieństwie, z którym, jak wiemy w świecie malarskim bywa różnie. Malarstwo jest zbędne? Zbędne, żeby zajmować się przedstawieniem świata takim jakim go widzimy?

Malujemy, żeby pokazać rzeczy nieistniejące. Malujemy historię, które nie mogą się wydarzyć i miejsca, których nie ma. Fantastyczne świat, sny, kosmosy których nie sięgają nasze teleskopy, przerażające monstra z koszmarów i kobiety o anatomii nie spotykanej do czasów ekstremalnej chirurgii plastycznej.

Malujemy, żeby zdeformować rzeczywistość. Przedstawić ją w sposób w jaki nikt inny jej jeszcze nie pokazał. Opowiadamy najstarsze znane historie jakbyśmy mówili o nich pierwszy raz. Dla żartu, dla podkreślenia, dla ostrzeżenia. Tutaj już sam aparat nie wystarczy. Tutaj trzeba by zmieniać świat zastany. Dużo taniej wychodzi namalować wieżę zawiązaną na supeł niż takową wybudować.

Malujemy bo malarstwo to rzemiosło, wytwór, jakże niedoskonałej, ludzkiej ręki ( a czasem nawet stopy!). Obarczone ryzykiem pomyłki, przypadku i niepowodzenia, malarstwo jest dowodem, że potrafimy opanować umiejętność tworzenia rzeczy, a to już prawie boska cecha.

Malujemy bo trzeba wierzyć, że każdy z nas widzi rzeczy inaczej. Rzeczy przecież są jakie są a jednak dla wszystkich z nas różne. Wystarczy przypomnieć sobie, że są ludzie, którzy kupili Fiata Multiple ze względu na jego sylwetkę. Malujemy bo chcemy pokazać coś dla nas ważnego (albo i zupełnie nieistotnego ważne, że naszego) a do tej pory nikt nie wymyślił na to lepszej metody niż barwnik na końcu palca i ściana w jaskini.

Malujemy, bo zazdrościmy muzyce, że potrafi tak głęboko poruszać, bawić i przestraszać. Malujemy zatem kształty, plamy i kolory, żeby grały nam w oczach. Zostawały powidokiem.

Malujemy, bo sam akt tworzenia jest głęboko poruszający. Bo jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za naciśnięcie migawki aparatu i mocną w wiarę w talent japońskich inżynierów. Moment, który chcemy pokazać nie jest ulotny. Musi być w nas dłużej niż 1/100 sekundy. To może być ważna chwila. Zazwyczaj jest, nawet jeśli jest chwilą banalną.

Powrót do blogu

Zostaw komentarz